Początek spotkania był jednak zupełnie inny. Podopieczni Stana Van Gundego stosując agresywną obronę wyszli na kilku punktowe prowadzenie. Wśród gości z najprostszych pozycji nie trafiał Andrew Bynum. Pod koniec pierwszej kwarty przewaga Magików urosła nawet do 9 oczek i wydawało się, że to oni będą już kontrolować przebieg spotkania.

W drugiej kwarcie do ataku ruszyli przyszli mistrzowie NBA. Szansę gry w końcu otrzymał Marcin Gortat, jednak nasz zawodnik, który nie cieszy się wielkim uznaniem szkoleniowców szybko opuścił parkiet. Jak się potem okazało był to wielki błąd. L.A zdobyło 16 punktów pod rząd i do przerwy wygrywali różnicą 10 oczek. Znakomicie pod koniec pierwszej połowy grali Derek Fisher oraz Trevor Ariza.
Po zmianie stron ciągle dominowali mieszkańcy miasta ,,Aniołów”. Tym razem za zdobywanie punktów wzięli się Kobe Bryant oraz Lamar Odom, którzy tak naprawdę zadali ostateczny cios Orlando. Wprawdzie gospodarze próbowali jeszcze nawiązać walkę celnymi rzutami z dystansu, jednak na nic to się nie zdało i świętowanie mogli rozpocząć gracze Lakers, którzy nie kryli zadowolenia.
MVP finałów został Kobe Bryant. Amerykanin w ostatnim meczu zdobył 30 punktów, 5 zbiórek i zanotował 6 asyst.
Dla mnie te finały to wieki zawód. Tak to jest jak przypadkowy trener dostaje dobrą drużynę. Teraz już chyba się nikt nie dziwi, ze Riley odsunął tego pana od prowadzenia Miami kilka sezonów temu. To był świetny ruch i tylko dlatego Heat zostali mistrzami NBA.
Jeszcze raz należ pochwalić drużynę Magic, bo nikt na nich nie liczył przed playoff mimo świetnego bilasu, jednak prawda jest taka, że popsuli nam finał a następny dopiero za rok - niestety...
A tak poważnie moje gratulacje miałeś nosa. :-)
Szacunek dla orlando za podjecie walki bo conajmniej 3 mecze to byly dreszczowce i az milo sie ogladalo!