
Orlando Magic odnieśli szóste z rzędu zwycięstwo nad drużyną Atlanty Hawks. Tym razem po jednostronnym widowisku rozbili „Jastrzębie” we własnej hali 104-86.
Największy wkład w sukces drużyny Magic miał ich lider Dwight Howard. Środkowy Orlando trafił 10 z 16 rzutów z gry i zdobył w sumie 31 punktów, do których dołożył 19 zbiórek. Wspierał go Rashard Lewis, który trzykrotnie celnie rzucał za 3 punkty i w konsekwencji uzbierał na swoim koncie 17 oczek. Marcin Gortat grał krótko ale pokazał się z niezłej strony trafiając oba rzuty z gry, które przyniosły mu 4 punkty oraz zbierając 3 piłki.
W drużynie Atlanty dobrze spisywał się Joe Johnson, który zdobył 19 punktów, 7 asyst i 6 zbiórek. Oprócz niego nieźle radzili sobie zdobywca 19 punktów Jamal Crawford oraz Josh Smith, który uzyskał 16 oczek.
Początek meczu należał jednak do ekipy Hawks. Punkty zdobywali Bibby i Williams, a Atlanta wyszła na prowadzenie 16-6. Stan van Gundy wziął jednak czas, a po powrocie do gry jego drużyna spisywała się już znacznie lepiej. Koszykarze Orlando zdobyli 11 punktów z rzędu i wysunęli się na prowadzenie 17-16. Dzięki punktom Lewisa pierwszą kwartę zakończyli prowadzeniem 21-18.
W drugiej kwarcie na parkeicie pojawił się Marcin Gortat. Polak od razu zdobył swoje punkty dwa razy wykorzystując podania Jasona Williamsa. Po stronie Atlanty wynik w okolicach remisu utrzymywał Jamal Crawford. Dobra gra Andersona i Redicka sprawiła jednak, że drużyna Magic osiągała coraz wyższe prowadzenie. Na 5 minut przed końcem pierwszej połowy było już nawet 38-31 dla Orlando. Wtedy do gry zabrali się Smith i Johnson, jednak na ich punkty skutecznie odpowiadali Nelson i Howard. Ostatecznie po pierwszej połowie Orlando Magic prowadziło 49-44.
Trzecia kwarta to popis gry Dwighta Howarda. Środkowy Magic był nie do zatrzymania i swoje punkty zdobywał nawet po wejściach z dwutaktu czy rzutach półhakiem. Ani Horford ani Pachulia nie mogli poradzić sobie w defensywie z „Supermanem”. Dodatkowo na dystansie dobrze spisywał się Lewis i dzięki temu Orlando wypracowali sobie bezpieczną przewagę. Na 2 minuty przed końcem kwarty dystans dzielący obie drużyny wynosił już nawet 18 punktów, jednak celne rzuty wolne Crawforda w końcówce pozwoliły zmniejszyć Atlancie stratę do 14 oczek. Przed ostatnią kwartą Magic prowadzili bowiem 77-63.
Na początku czwartej kwarty koszykarze Hawks zerwali się do ataku. Dzięki punktom Crawforda zmniejszyli swoją stratę do 10 punktów. To jednak wszystko na co stać było tego dnia graczy Atlanty. W ekipie Orlando skuteczne akcje przeprowadzał Anderson, pod koszem w dalszym ciągu rządził Howard i na 4 minuty przed końcem przewaga tej drużyny wynosiła już 17 oczek. Jasne stało się wtedy, że wynik tego meczu jest już przesądzony. Na minutę przed końcem spotkania na parkiecie po raz pierwszy w drugiej połowie pojawił się Marcin Gortat, jednak nie zdążył on już poprawić żadnej ze swoich statystyk. Ostatecznie więc drużyna Magic pokonała Atlantę Hawks 104-86.
chyba ORlando odbijaja sie po malu,choc chyba za wczesnie by tak mowic,dopiero 2 wygrana z rzedu i ostatnio 6-4 ... ale oby tak dalej
Niestety Marcin za wiele nie pograł. Trochę dziwne bo w momencie jak mecz był już wygrany mógł go Stan wpuścić. Widocznie było parcie na to żeby zaliczył 30pkt i 20 zb. Trochę to głupie.
Gortat przez swoje pierwsze minuty spędzone na parkiecie grał najlepiej ze swojej drużyny. Potem nawet go trener nie wpuścił.