
Kobe Bryant w swoim stylu trafił najważniejszy rzut meczu na siedem sekund przed końcem, czym zapewnił zwycięstwo Los Angeles Lakers nad Boston Celtics 90:89. Po raz kolejny w tym sezonie, kluczem do zwycięstwa nad Celtics była kapitalna obrona przeciwko obwodowym podopiecznych Doca Riversa. Rondo, Allen czy Pierce często nie mogli poradzić sobie w ataku i trzecia porażka z rzędu Celtów stała się faktem.
Pojedynki Lakers z Celtics to prawdopodobnie najbardziej interesujące spotkanie od początku założenia ligi NBA. Są to też dwie najbardziej utytułowane drużyny owych rozgrywek.
W samych finałach spotykały się one aż 32 razy. Kibice koszykówki mogli być świadkami niesamowitych pojedynków Billa Russella z Elginem Baylorem czy Wiltem Chamberlainem, Larry'ego Birda z Magiciem Johnsonem, czy teraz pojedynków "wielkiej trójki" z Kobe Bryantem.
Tuż przed tym spotkaniem i przez większą jego część można było dojść do wniosku, że tym razem górą będą Celci z Bostonu. Podopieczni Doca Riversa prowadzili już aż 11 punktami w czwartej kwarcie, jednak nie potrafili jej dowieźć do końca. Przed meczem wiele mówiło się również o drobnych dolegliwościach lidera Lakers. Bryant narzekał na lekką kontuzję kostki, której prawdopodonie nabawił się w spotkaniu z Philadelphią 76ers.
Problemy zdrowotne Bryanta miały spory wpływ na jego dyspozycję w tym meczu. Trafił on zaledwie osiem rzutów z gry na dwadzieścia oddanych. Jak się jednak okazuje, o jego skuteczności nikt nie będzie teraz pamiętał. Wszystko to za sprawą jednego rzutu.
Jeszcze na niecałe 30 sekund przed końcem Celtics prowadzili, jednak przewinienie ofensywne popełnił Pierce. Taką sytuację wykorzystał lider Lakers. To on w indywidualnej akcji popisał się efektywnym fade-away'em. Na odpowiedź Celtów nie było już stać. Co prawda ostatni rzut meczu oddał Ray Allen, jednak nie znalazł on drogi do celu. Tym samym Boston odniósł trzecią porażkę z rzędu, oraz siódmą w ostatnich dziesięciu spotkaniach.