
Od początku sezonu Portland Trail Blazers mają ogromne prolemy z kontuzjami. Jak się okazuje nawet bez Brandona Roy'a czy Grega Odena potrafią oni wygrywać. Tym razem padło na Gregga Popovicha i prowadzonych przez niego San Antonio Spurs. Blazers grali skuteczniej, bardziej zespołowo, gospodarze oczywiście wygrali również walkę na talicach, a jeżeli wygrywa się takie elementy gry zwycięstwo nie powinno być dla nikogo niespodzianką. Ostatecznie Blazers pokonali Spurs 96:93.
- Jeżeli kilka spraw nie potoczy się po naszej myśli, nie możemy się tym przejmować. My tak dzisiaj zrobiliśmy i wygraliśmy - powiedział otwarcie po meczu Martell Webster.
Po wyrównanej piewszej kwarcie w dalszej części meczu przewagę zaczęli uzyskiwać goście z San Antonio. Zapisali na swoim koncie zarówno drugą jak i trzecią kwartę i wydawało się, że całe spotkanie zapiszą oni również na własną korzyść. W NBA nie można być niczego pewnym.
Skutecznie grali Nicolas Batum czy Martell Webster i gospodarze - mimo powrotu w szeregi Spurs Tony'ego Parkera - odrabiali straty. Niezwykle ważny rzut trafił w końcówce LaMarcus Aldridge. Wyraźnie podciął on skrzydła gościom, którzy skutecznie nie byli w stanie odpowiedzieć. Ostateczny cios zadał wspomniany przed chwilą Webster.
Po jego rzucie Portalnd prowadził 91:87 na 22 sekundy przed końcem. Zawodnicy Blazers skutecznie wykonywali rzuty wolne, jednak tylko do czasu. Aldridge nie trafił dwóch ostatnich rzutów z linii osobistych i Spurs mieli jeszcze cień szansy na doprowadzenie do dogrywki. Rzut przez całe boisko Michaela Finley'a nie znalazł jednak drogi do celu i gospodarze ostatecznie zwyciężyli 96:93.
Tym samym było to trzecie zwycięstwo w tym sezonie Portland nad San Antonio. Była to również ich piąta wygrana z rzędu na drużyną Gregga Popovicha.
Dla mnie obecnie rewelacja ligi!
To prawdziwa sztuka grac tak jak oni z mega licznymi kontuzjami .