Nasz rodak zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Na wyróżnienie zasługuje jego postawa w obronie. Liczne pomoce, czy wymuszone rzuty przeciwników, były owocami pracy Polaka. Pomimo dobrej dyspozycji Gortata, rozgrywający Magic Jameer Nelson, nie wykorzystał tego w ofensywie. Co gorsza, Amerykanin grał bardzo samolubnie, co konsekwentnie wykorzystywała defensywa Celtics. Pod nieobecność Howarda i niechętnie rwących się do ataku Vinca Cartera i Rasharda Lewisa, to właśnie Nelson rozpoczynał i kończył akcje wicemistrzów NBA. Gracze z Orlando mieli sporo problemów z komunikacją w defensywnie, co skutecznie wykorzystywał, wyrastający na lidera bostończyków, Rajon Rondo.
To właśnie napędzany przez Rondo zespół mistrzów NBA z 2008 roku, w końcówce dopadł Orlando Magic i dzięki zdobytym z rzędu ośmiu punktów, prowadził przed rozpoczęciem drugiej kwarty 24:23.
Po wznowieniu gry, po dwumiesięcznej przerwie na parkiecie pojawił się Marquis Daniels. Rozgrywający Celtics rozpoczął bez żadnych kompleksów i ku zdziwieniu kibiców i sztabu szkoleniowego, skutecznie jego zespół powiększał przewagę nad rywalami z Florydy. W międzyczasie trzecie przewinienie popełnił Howard i szkoleniowiec Magic, nie chcąc ryzykować zbyt wczesnej dyskwalifikacji swojego podkoszowego, po raz kolejny postawił na Gortata. Polak, wykorzystał swoją szansę. W dwóch kolejnych akcjach łodzianin popisał się dwoma efektownymi blokami, a chwilę później wymusił faul w ataku. Popisy polskiego koszykarza zmotywowały jego kolegę z zespołu Vince'a Cartera, który kilkanaście sekund później trafił za trzy punkty i Magic tracili już tylko cztery oczka do swojego rywala.
Na nieszczęście gości, do końca pierwszej połowy pokaz zespołowej koszykówki zaprezentowali zawodnicy Doc'a Riversa. Bostończycy, nie licząc trzech punktów z linii rzutów osobistych Magic, zanotowali aż 13 oczek z rzędu, dzięki czemu po 24 minutach gry, prowadzili 51:40.
Po przerwie pierwsze punkty w meczu, klasycznym hakiem, zdobył Howard. W odpowiedzi z półdystansu trafił Kevin Garnett, który obecnie w niczym nie przypomina zawodnika z finałów w 2008 roku. W kolejnych akcjach dalej skutecznie grał DW, a odważnymi rajdami pod kosz rywala, popisywał się - ,,podróżnik” ligi NBA – Matt Barnes.
W drużynie z Bostonu nie funkcjonowała wielka trójka. Panowie – Pierce, Allen i Garnett – na razie udowadniają swoim krytykom, że są bardzo daleko od swojej optymalnej formy. Z kolei ich młodszy kolega – Rajon Rondo - dwoił się i troił. Rozgrywający Celtics nie był w stanie skutecznie odeprzeć ataku Magic i po pierwszej ,,trójce” w meczu Rasharda Lewisa, zespół z Florydy odrobił straty Podopieczni Stana Van Gundy'ego nagle zaczęli trafiać. Najpierw, zrobił to wcześniej wspomniany Lewis, potem celnie piłkę z dystansu posłał Carter, a kilkanaście sekund później, znów statystycy musieli zapisać trzy oczka na koncie Lewisa – 66:60.
Po tym ciosie Celtics w trzeciej kwarcie nie miało już nic do powiedzenia. Punkty zdobywali tylko goście, a dobrą zmianę na rozegraniu wśród Magic dał Jason Williams, który z linii rzutów osobistych zdobył ostatnie punkty, przed rozpoczęciem ostatniej kwarty – 76:64.
Początek czwartej kwarty to prawdziwy festiwal rzutów za trzy punkty. Najpierw celnie trafił Mickael Pietrus, a następnie z drugiej strony Eddie House, a w kolejnej akcji Matt Barnes. Celtowie tracili wówczas do swojego rywala 13 oczek i z każdą minutą grali coraz szybciej. W końcu swoją niemoc strzelecką przełamała dwójka Garnett-Pierce. Niestety, na nic to się zdało. Wypracowana przewaga przez Magic w trzeciej kwarcie wystarczyła do pokonania mających lepszy bilans Celtów. Wynik spotkania rzutem z półdystansu ustalił Rashard Lewis.
Komentarze do artykułu
a co do nelsona... to popatrz obiektywnie, bo patrzac chocby na satatystyki nie mozna o nim powiedziec ze jest beznadziejny, jest po prostu przecietny i juz.
powiedz to Boykinsowi:)
poza tym Nelson taki maly nie jest, jestem nieduzo wyzszy a gra mi sie calkiem dobrze:)
A grasz z gośćmi +200 cm?