2010-02-27 19:36,
Adam Popek,
Informacja własna fot. Paweł Łakomski
Niezwykle emocjonujący pojedynek zobaczyli kibice zgromadzeni w hali Gryfia w Słupsku, gdzie miejscowa drużyna - Energa Czarni podejmowała jarosławskiego Znicza. Podkarpaccy gracze znowu zagrali dwie, odmienne sobie, połowy, ale tym razem szalę zwycięstwa przechylili na swoją korzyść.
Mimo wszelkich starań ze strony gospodarzy, to spotkanie zakończyło się dla nich niepomyślnie wszystkich zastanawia, w jakiej dyspozycji jest tak naprawdę słupska drużyna.
Dłuższa niż zwykle przerwa w rozgrywkach ligowych pozytywnie podziałała na oba zespoły. Spotkanie od pierwszych minut toczyło się w bardzo szybkim tempie, co mogło podobac się kibicom. Mimo tego, że akcje były kończone po kilku sekundach, to z reguły były dopracowane. Czarni udowodnili, że rzuty z dystansu są ich mocnym punktem i po celnych próbach Brazelton’a oraz Cesnauskisa objęli nieznaczne prowadzenie. Jarosławianie, choć mniej skuteczni z obwodu, zdobywali punkty z półdystansu. Bardzo dobrze, pod tablicami, poczynał sobie Łukasz Diduszko, który jest w zespole Znicza dopiero od dwóch tygodni oraz Jeremy Chappell.
Ten ostatni doskonale zaprezentował swój powszechnie już znany, boiskowy uniwersalizm. Potrafił zarówno oddać celny rzut zza linii 6, 25 m jak i… umiejętnie zastawić się pod koszem i zdobyć punkty z najbliższych odległości mimo asysty rosłych graczy rywala.
Podczas ostatnich 90 sekund, po rzucie Marcina Sroki prowadzenie gospodarzy wzrosło do 6 punktów i była to pierwsza, bardziej znacząca przewaga w tym meczu. Na 20 sekund przed końcem kwarty, z 8 metrów, celnie przymierzył Mays i zniwelował nieco stratę swojej drużyny do prowadzącej Energi Czarnych.
Drugą odsłonę lepiej rozpoczęli gospodarze. Nie potrafili oni, jednak w stu procentach udokumentować swojej przewagi. Dopiero lider słupszczan, Mantas Cesnauskis dał przykład swoim kolegom jak należy zdobywać punkty trafiając, kolejną w tym meczu, „trójkę”. Dzięki temu wynik brzmiał 33:23 co mogło dawać powody do zadowolenia.
Miejscowi mieli solidne podstawy do tego, by zacząć grać nieco spokojniej i myśleć o powiększaniu zdobyczy punktowej. Natomiast w jarosławskiej ekipie zaczął dominować indywidualizm. Odważne, ale w większości nieskuteczne akcje graczy Znicza nie przynosiły wymiernych efektów. W końcowych minutach pierwszej połowy popis gry dał Brazelton będąc tym samym najjaśniejszym punktem swojego zespołu. Do przerwy przewaga „Energetyków” utrzymała się na poziomie 10 punktów i ogólny rezultat 44:34 oddawał w pełni to co działo się na parkiecie przez 20 minut.
Trzecia kwarta przyniosła za sobą zdecydowanie bardziej zdyscyplinowaną grę w defensywie po obu stronach. Znicz znalazł na to skuteczny sposób. Najmocniejsza broń jarosławian „odpaliła” i po dwóch celnych rzutach za „3” z rzędu oraz punktom nieobliczalnego w polu trzech sekund Łukasza Diduszko, wynik na tablicy świetlnej pokazywał 48:46. Przewaga zawodników ze Słupska znacznie zmalała i nie potrafili oni przeciwstawić się zmasowanej obronie swojego dzisiejszego rywala. Rzadko się, bowiem, zdarza by, któryś z graczy Energi nie dorzucał piłki do obręczy z bliskiej odległości.
Ponadto proste straty stwarzały możliwość konstruowania akcji Zniczowi od samego początku przez pełne 24 sekundy. Pomimo braku zachowania tak dobrej skuteczności jak na początku tej części gry, zawodnicy Znicza byli ewidentnie stroną przeważającą. Dzięki kolejnej w tym meczu „trójce”, z niebagatelnej odległości, Mays’a, podkarpacki zespół tracił przed decydującą partią tylko jedno „oczko”, co zapowiadało niezwykle emocjonującą walkę do samego końca.
Ostatnia batalia zaczęła się od 5 punktów z rzędu Tomasza Zabłockiego. Co prawda szczęśliwie zdobytych, ale wedle wszelkich przekonań, szczęście sprzyja lepszym. Niemoc Czarnych trwała w dalszym ciągu. Mnóstwo fauli popełnianych przez poszczególnych zawodników oraz słaba skuteczność nie wróżyła miejscowym nic dobrego. W połowie kwarty nastąpiła, jednak pewnego rodzaju metamorfoza.
Mocniejsza obrona słupskich graczy zastopowała nieco inwazję jarosławian, którzy zaczęli grać, jakby nie mieli pomysłu na wykończenie własnych akcji. Na niespełna 3 minuty przed końcem spotkania gospodarze wykorzystali limit przewinień i od tej pory każde popełnione przez nich przewinienie skutkowało rzutami osobistymi dla rywali. Na 2 minuty przed końcem, akcję 2+1 zaliczył Cesnauskis i ponownie wyprowadził swój zespół na minimalne prowadzenie.
Chwilę później, wyzwiska ze strony trybun pod adresem Tomasza Zabłockiego podziałały niezwykle motywująco na samego gracza, który zdobył bardzo ważne punkty dla Znicza, odrabiając tym samym z nawiązką punkty stracone po akcji Cesnauskisa. Oprócz skrzydłowego jarosławian, szaleńczą końcówkę rozgrywał Keddric Mays, który raz za razem penetrował kosz rywala i robił to na tyle skutecznie, że na 27 sekund przed końcem pojedynku to goście prowadzili 72:73. Ostateczny cios zadał właśnie Mays ogrywając w prosty sposób obronę gospodarzy i zapewnił podkarpackiemu zespołowi, jakże cenne, 2 punkty. Ostateczny wynik spotkania brzmiał 74:75 i nikt już nie miał wątpliwości kto jest górą w tym starciu.
Kluczem do zwycięstwa Znicza była gra obronna, jaką zaprezentowali po długiej przerwie. Nieco oszołomieni gracze Czarnych nie wytrzymali naporu przeciwnika i ostatecznie polegli. Kibice z niepokojem patrzą na przyszłość tej ekipy, bowiem najważniejsza część sezonu, play – off, tuż, tuż, a tam jak wiadomo nie będzie już kalkulacji. Znicz, natomiast powraca, wreszcie, z tarczą i zdobywa komplet punktów w tym spotkaniu.
Energa Czarni Słupsk - Znicz Jarosław 74:75 (28:23, 16:11, 11:20, 19:21)
Komentarze do artykułu