
Kolejny pojedynek dwóch, wielkich gwiazdorów koszykówki tym razem padł łupem Dwayne'a Wade'a i jego Miami Heat. To Bryant zdobył więcej punktów, to Bryant kapitalnym rzutem doprowadził do dogrywki, jednak to popularny Flash mógł cieszyć się z końcowego sukcesu. To on - zdobywając 27 punktów i 14 asyst - poprowadził Miami Heat do zwycięstwa nad Los Angeles Lakers 114:111.
Już pierwsza kwarta zapowiadała wielkie emocje i niezwykle zacięty mecz. Żadna z drużyn nie mogła uzyskać jakiejkolwiek zaliczki, wskutek której moglibyśmy mówić o przewadze. Oba zespoły grały kosz za kosz. Szalał głównie lider gospodarzy. Wade zdobył ponad jedną trzecią punktów swojej drużyny i to głównie dzięki niemu Żary toczyły tak wyrównany bój z aktualnymi mistrzami NBA.
Sytuacja na parkiecie w drugiej kwarcie praktycznie się nie zmieniła. Co ciekawe najwyższe prowadzenie w pierwszej połowie, to czteropunktowa przewaga Lakers, która jak się okazało szybko została przez gospdarzy zniwelowana.
Coś drgnęło dopiero w połowie, w trzeciej kwarcie spotkania. Wtedy to dwie trójki, w dwóch kolejnych akcjach rzucił Quentin Richardson, chwilę później trzy punkty z rzędu zdobył Jamal Magloire i wydawało się, że to jest ten moment, w którym zespół z MIami odskoczy. Co ciekawe Heat chwilę później jeszcze bardziej powiększyli przewagę udowadniając, iż jeżeli Wade ma wsparcie od partnerów to są oni niezwykle groźni.
Na początku czwartej kwarty Heat prowadzili 81:72. Ku niepocieszeniu kibiców zgromadzonych w American Airlines Arena cała strata ze strony Lakers została jednak zniwelowana. Mecz zaczął się jakby od początku. Ponownie żadna z drużyn aż do końca regulaminowego czasu gry nie mogła uzyskać zadowalającej przewagi. Losy spotkania miały rozstrzygnąć się w samej końcówce. Wtedy to Richardson trafił po raz kolejny za trzy i Jeziorowcy mieli jedną akcję na wyrównanie stanu meczu, doprowadzenie do dogrywki, lub też - przy trafieniu trójki - wygrania spotkania.
Piłkę w swoje ręce wziął oczywiście Braynt i był to, można powiedzieć, powrót do przeszłości. Wielokrotnie porównywany do Michaela Jordana Kobe trafił rzut, z którego słynął właśnie były gracz Bulls. Doprowadził do dogrywki, w której to on znowu był głównym aktorem.
W jej pierwszych minutach to lider Lakers grał pierwsze skrzypce. Zdobył sześć punktów w rzędu To on jednak popełnił faul ofensywny w kluczowej akcji meczu, gdy na 19 sekund przed końcem Lakersi przegrywali czterema punktami. Chwilę później Carlos Arroyo pewnie trafił dwa rzuty wolne i stało się jasne, że to Heat wyjdą z tego pojedynku zwycięsko. Ostatecznie Żary pokonały gości z LA 114:111.