Po efektownym zwycięstwie nad Belgami podopiecznych Igora Griszczuka czekał arcyważny mecz z Gruzją. Pierwsze spotkanie między obiema ekipami zakończyło się 19 punktowym zwycięstwem naszych rywali. Tym razem, by dalej myśleć o awansie na przyszłoroczne Mistrzostwa Europy, nie mogło być mowy o porażce.
Od pierwszych minut widać było, że nie będzie to łatwa przeprawa dla naszych koszykarzy. Gruzini grali bardzo twardo w obronie i o każdy punkt było niezwykle trudno. W ekipie gości wielką chęć do gry przejawiał Wiktor Sanikidze, który do połowy kwarty był jedynym strzelcem swojej drużyny. Polacy natomiast próbowali, podobnie jak w poprzednim meczu, oprzeć grę na swoich graczach podkoszowych.
Jednak nawet Marcin Gortat miał problem z przedostaniem się w pole trzech sekund. Przełomowy moment nastąpił po 6 minutach gry, kiedy to po celnej „trójce” Łukasza Koszarka Polska wyszła na prowadzenie 10:4. Gruzini mieli, co prawda, kilka okazji do tego, by nadgonić wynik, ale grali bardzo nieskutecznie. Regułę potwierdzał Zaza Paczulia, który nie mógł znaleźć sposobu na kryjącego go Gortata. Dzięki temu, po 10 minutach, wynik brzmiał 12:8 na korzyść gospodarzy i dawał nadzieje, że uda się odnieść upragnione zwycięstwo.
Ku uciesze kibiców zgromadzonych w łódzkiej Atlas Arenie, po 3 minutach drugiej kwarty Polacy prowadzili już 22:13. Stało się tak głównie za sprawą naszego jedynaka w lidze NBA, który doskonale wykorzystywał niefrasobliwą grę rywala w obronie. Jednak Gruzini mieli w swoich szeregach Manuczara Markoiszwili. Gracz NGC Cantu zdobył w drugiej odsłonie aż 10 punktów i w dużej mierze dzięki jego skutecznym rzutom Gruzja pozostawała w grze. Niespodziewanie po 7 minutach gry, mimo bezpiecznego prowadzenia Polski, na parkiecie zrobiło się dość nerwowo.
Niepotrzebne rzuty z dystansu i błędy w obronie sprawiły, że sytuacja na chwilę wymknęła się spod kontroli biało czerwonym. Wszystko wróciło jednak do normy, kiedy po raz drugi w meczu zza linii 6,25 m celnie przymierzył Koszarek i nasi reprezentanci znów wygrywali różnicą 9 punktów. Jak się później okazało, nie było to ostatnie słowo rozgrywającego PEPSI Caserta w tej części gry. Ten sam wyczyn zdołał powtórzyć jeszcze równo z końcową syreną, czym poderwał z miejsc kilka tysięcy widzów. Tym samym, Polacy prowadząc 35:25 byli w bardziej komfortowej sytuacji przed drugą połową i niewiadomą pozostawało tylko, czy przez kolejne 20 minut będą w stanie utrzymać ten poziom gry.
Zgodnie z przewidywaniami od początku trzeciej „ćwiartki” na boisku rozgorzała prawdziwa walka. Chociaż obie strony starały się ze wszystkich sił powiększyć swoją zdobycz punktową, to efekt tych działań był mizerny. Spośród reguły w porę wyróżnił się jednak nie kto inny jak Gortat. Po jego udanej akcji „2+1” Polacy wyraźnie „dostali skrzydeł” i poszli za ciosem. Nie trzeba było, bowiem długo czekać, a za trzy punkty trafił Łukasz Majewski.
Wtedy prowadzenie gospodarzy wynosiło już 45:34. Gruzini sprawiali wrażenie nieco podłamanych takim obrotem sprawy. Mimo ambitnej postawy rozgrywającego gości Giorgija Gamorelidze, jego koledzy nie potrafili wykorzystać jego podań. Nie działo się tak jednak bez przyczyny. Pochwalić należy, bowiem bardzo dobrą grę w obronie podopiecznych Igora Griszczuka. Świadczy o tym fakt, że w odstępie kilkudziesięciu sekund zmusili oni przeciwnika do przekroczenia limitu czasu w rozgrywaniu piłki. Wszystko to sprawiało, że Polacy tworzyli sobie kolejne możliwości do zdobywania punktów. Efektem tego było prowadzenie 47:36 przed decydującą batalią. W tym momencie pojawiła się realna szansa nie tylko na to żeby zwyciężyć, ale nawet odrobić 19 punktową stratę do Gruzji z pierwszego spotkania.
Gdy po kilku minutowej przerwie dwa punkty z linii rzutów osobistych zdobył kapitan zespołu Filip Dylewicz nikt już nie miał wątpliwości, kto zwycięży tego wieczoru. Apetyty jeszcze bardziej rozbudził niezwykle waleczny na parkiecie Dardan Berisha. To po jego udanej akcji na niespełna 8 minut przed końcem meczu prowadzenie biało czerwonych wynosiło już 51:36. Jednak kolejne minuty należały do przyjezdnych.
Dzięki kilku zdobytym z rzędu punktom przybliżyli się nieco do Polaków i liczyli, że uda się jeszcze nawiązać walkę. Na szczęście Maciej Lampe do spółki z Gortatem momentalnie odpowiedzieli na ich poczynania. W samej końcówce gospodarze zdecydowali się jeszcze na ostatni zryw, ale podopieczni Igora Kokoskova zdołali obronić przewagę punktową wywalczoną w pierwszym meczu. Stało się tak w dużej mierze dzięki przebudzeniu Taureana Greera, który zdobył 7 punktów w samej końcówce.
Nie ujmuje to jednak polskim zawodnikom, którzy zwyciężyli najgroźniejszego rywala w walce o pierwsze miejsce w grupie 67:58 i mogą z podniesioną głową wypatrywać kolejnego przeciwnika w rywalizacji o awans na ME Litwa 2011.
Ten obraz gry Zazy i spółki na pewno był bardziej zbliżony do rzeczywistości. Oni męczyli się z Portugalią... Nie widzę tam jakichś wielkich zawodników poza Zazą, który nawet nie w pełni sił jest ich najlepszych zawodnikiem.
Tak szczerze mówiąc to żadna z ekip z naszej grupy nie zasługuje na grę w Eurobaskecie. W pozostałych grupach grają m.in. Izrael, Czarnogóra, Wielka Brytania i Macedonia. Każda z tych ekip na dzień dzisiejszy prezentuje się lepiej od naszej. Dochodzą jeszcze Włosi, z którymi też nie mielibyśmy łatwej przeprawy.
Kolego nie przesadzaj...nie znasz się aż tak dobrze na koszykówce jak sądzisz. Macedonia jest lepszym zespolem od naszego? Moze i tak, ale co najwyżej na komputerze! Poza tym nasza druzyna jest przetrzebiona kontuzjami i brakiem powołań wszytskich najlepszych grajków. Włosi to tylko i wyłącznie 2 zawodników i reszta zadaniowców. Wczoraj ledwie wygrali z Izraelem, ponieważ trafiali z niewiarygodnych pozycji. Największe kłopoty byłby z Wlk. Brytania, ale jeśli graliby w niej najlepsi zawodnicy a nie tylko Deng i Pop...
I ci włoscy zadaniowcy plus Bargnani i Belinelli wygrali z Izraelem na wyjeździe. U nich brakuje Gallinarego, chyba ciut lepszego zawodnika niż Ignerski ;)
Ledwie wygrali z Izraelem... Proszę Cię... Widziałeś jakiś mecz w tamtej grupie?
Z Wielką Brytanią mielibyśmy problemy już teraz. Za dwa lata mogą być poza zasięgiem.
jak dla mnie Lampe jest niepotrzebnie sadzany na ławie na tak długo,
uważam, że Dylewicz powinien wchodzić i grać dłużej ale w miejsce Majewskiego - to podwyższyło by skład i może w końcu zbieralibyśmy troche więcej piłek na tablicy, bo wczoraj to nam nie wychodziło
Griszczuk - czemu nie - za 5 lat jak będzie miał się czym pochwalić i będzie miał więcej doświadczenia. Na plus - że przemiennie grali Kelati i Kosarek. Na minus - brak powołania 3 rozgrywającego (Skibniewski, Śnieg) zwłaszcza że Koszarek ma dobrą rękę i może grać jako 2, trochę dziwne decyzje o zmianach zawodników w meczu (Dylewicz zdobywa punkty i schodzi), czas powinien być brany wcześniej a nie gdy się już pali i dym widać w sąsiedniej wsi(tzn tracimy kontrolęw spotkaniu, nadal mi brak ustawionych akcji - za dużo prowizorki.
Szkoda poprzedniego spotkania - grając tak jak dzisiaj, z 2 rozgrywającymi mogącymi się zmieniać i Kelatim mogącym zając się rzutami powinniśmy wypaść lepiej.
Skład jes jaki jest. Pisałem że powinien być 3 rozgrywający. Z obecnego składu nie widze gracza który może próbować grać jako rozgrywający poza Kelati'm. A tak wgóle to mamy problem na tej kluczowej pozycji. Koszarkowi obecnie zdarzając się słabsze spotkania (przeprowadzenie piłki, błędne podania), talentu Subargi od ostatnich ME w Polse nie potrafię docenić.
Mecz Polska Portugalia