2010-08-30 22:35,
Paweł Łakomski,
Informacja własna fot. Paweł Łakomski
Świetne widowisko zobaczyli kibice w stambulskiej hali Abdi Ipekci Arena. Amerykanie po niezwykle gorącym horrorze pokonali reprezentację Brazylii 70:68. Tym samym podopieczni Mike'a Krzyzewskiego są nadal niepokonani i pewnie prowadzą w swojej grupie.
Pierwsze punkty w spotkaniu dość nieoczekiwanie zdobył Marcelo Huertas, po ładnym rzucie z dystansu. Ten sam zawodnik kilka chwil później podwyższył wynik na 4:0. Po stronie USA odpowiedział Chauncey Billups.
W początkowych minutach obydwie drużyny grały bardzo szybko. Brazylijczycy bronili strefą i było to dobre posunięcie. Niestety na ich nie szczęście, podobnie jak na parkietach NBA, przez ręce trafiał Kevin Durant. W identycznej sytuacji nie spudłował także Marcus Vieira, który do czerwoności zdenerwował lidera Oklahomy City Thunder. Ten w wyniku frustracji odpowiedział mu kolejnym rzutem za trzy punkty 15:15.
Jeśli ktoś w poprzednich dniach mistrzostw narzekał na brak wymiany ciosów, w tym meczu – nieoczekiwanie – miał tego ponad dostatek. Brazylia walczyła z USA jak równy z równym – 18:17. Do zmiany prowadzenia doszło po celnym rzucie za trzy punkty Alexa Garcia. Radość Brazylijczyków z przodownictwa w meczu trwała może z dziesięć sekund, gdyż w następnej akcji momentalnie odpowiedział Kevin Love. W konkursie rzutów z dystanu stanął także Leandro Barbosa, który dwa razy pod rząd dziurawił kosz Amerykanów zza linii 6,25 – 22:26. Pierwszą kwartę nieprawdopodobnym wsadem zakończył Tiago Splitter – 28:22.
Serię punktował po krótkiej przerwie nadal kontynuowali Brazylijczycy – 30:22. Dobrą passę akcją 2+1 przerwał Kevin Durant. Gdy Amerykanie zbliżyli na cztery oczka, o przerwę poprosił Ruben Magano. Podopieczni Mike Krzyzewskiego w dalszej części drugiej kwarty skrupulatnie pomniejszali straty do rywali, jednak sposób nie zadowalał, ani legendarnego szkoleniowca uczelni Duke, ani samych zawodników. W kolejnych minutach, po raz kolejny, kibice obejrzeli prawdziwy festiwal rzutów za trzy punkty. Najpierw Guilherme Giovannoni, a następnie w wyniku kolejnego niezadowolenia Kevin Durant – 41:43. Ostatecznie po pierwszej połowie niespodziewanie Brazylia wygrywała z USA 46:43.
Drugą połowę obydwa zespoły rozpoczęły od błędów. Sygnał do odrabiania strat rzutem z półdystansu dał Lamar Odom – 45:48. Koledzy posłuchali podkoszowego Los Angeles Laker, a już po pięciu minutach starty zostały odrobione. Po tradycyjnym lay-up'ie w wykonaniu Derricka Rose'a, szkoleniowiec Canarinhos był zmuszony poprosić o przerwę – 52:50. Grę Brazylijczyków w kolejnych minutach trzeciej kwarty ciągnął Marcelo Machado. W końcówce Amerykanie wyraźnie wrzucili dwójkę. Pokaz swoich nietuzinkowych umiejętności strzeleckich dał Kevin Durant, który najpierw popisał się efektownym wsadem, a następnie skutecznym lay-up'em. Na odpowiedź Brazylijczyków nie trzeba było długo czekać. Po raz kolejny Ruben Magano przekonał się, jak ważnym ogniwem w jego zespole jest Leandro Barbosa, kiedy ten ze 61:55, błyskawicznie zdobył cztery punkty, kończąc tym samym trzecią kwartę spotkania.
Czwarta kwarta rozpoczęła się z kilku minutowym opóźnieniem, gdyż zegar nad telebimem przestał działać. Ostatnią część kwarty obydwie drużyny rozpoczęły od podziału punktów. Najpierw kolejnym celnym rzutem za trzy punkty popisał się Marcus Vieria, a następnie potężnym wsadem Lamar Odom. Wymianę ciosów pomiędzy drużynami przerwał Ruben Magano, który po udanej penetracji Derrica Rose'a, poprosił o czas – 66:62. Tuż po przerwie pięknym półhakiem popisał się Tiago Splitter. Po jego punktach nastała długa niemoc strzelecka, po obydwu stronach boiska. Brazylijczycy próbując złapać kontakt z rywalem, ograniczali się tylko do rzutów z dystansu, które nie przynosiły efektu. Na ich szczęście Amerykanie też pudłowali, a na dodatek co chwilę tracili piłkę w dziecinny sposób. Po sytuacyjnych punktach Billupsa na minutę przed końcem USA prowadziła 70:66. jednak znów Brazylia miała Barbosę. Na dziesięć sekund przed zakończeniem meczu piłkę miał Huertas. Nie mając komu podać sam zdecydował się na penetracje pod kosz. Brazylijski rozgrywający był faulowany i piłka już wpadała do obręczy, a mimo tego nie przedziurawiła kosza Amerykanów. Huertas do remisu mógł doprowadzić jeszcze z linii rzutów wolnych, jednak pierwszy niecelny rzut przesądził o wszystkim.
Tym samym Amerykanie nadal pozostają niepokonani, jednak Brazylia udowodniła, że nie taki diabeł straszny. Jutro grupa A i B mają wolne. Do rywalizacji drużyny powrócą w środę.
USA – Brazylia 70:68 (22:28, 21:18, 18:13, 9:9)
Ze Stambułu, Paweł Łakomski, Koszykowka.net
Chandler jak na razie to dno. Rose jakby nie miał ochoty bronić, gra ospale i traci często piłki. Westbrook też różnie, dostaję piłkę i od razu leci pod kosz.
8 asyst w całym meczu, śmieszne do tego 22 straty.
Dobrze, że Billups potrafił wziąć nieraz na siebie gre, mimo, że nie był dysponowany rzutowo.
Iguodala przez 30 minut oddał jeden rzut, na szczęście rekompensuje to w obronie, 5 przechwytów.
Nie podobał mi się ten mecz w wykonaniu USA, za to w wykonaniu Brazylii jak najbardziej, mogą coś powalczyć jeżeli Barbosa będzie lepiej rzucał i wróci Varejao.