2010-09-01 22:26,
Paweł Łakomski,
Informacja własna fot. FIBA
Niesamowita pogoń Brazylijczyków w czwartej kwarcie nie opłaciła się. Słowenia wspomagana znakomitym dopingiem utrzymała nerwy na wodzy i pokonała podopiecznych Rubena Magano 80:77.
Spotkanie od dwóch wsadów rozpoczął Primoz Brezec. Słoweńcy po raz kolejny byli wspierani głośnym dopingiem przez swoich fanów. Brazylia od początku meczu znów prezentowała zespołową koszykówkę. Jednak po stronie przeciwnej dalej nie do zatrzymania był Brezec – 8:7. Wysoki środkowy Millwake Bucks dobrą postawę w ataku, szybko zatracił w obronie. Już po kilku minutach musiał usiąść na parkiet ze względu na dwa przewinienia.
Z ławki zastąpił go Gasper Vidmar. Jeden z najlepszych zawodników Słowenii na tym turnieju, jak zwykle zbiórki w ataku zamieniał na punkty – 14:10. Pod drugim koszem selekcjoner Brazylii Ruben Magano, znów mógł liczyć na Tiago Splittera. Nowego środkowego San Antonio Spurs pod koniec pierwszej kwarty zastąpił Anderson Varejao, dla którego był to debiut w mistrzostwach. Pierwsze dziesięć minut spotkania efektownie zakończył Goran Dragić, jednak sędziowie orzekli, że rzut został oddany po czasie – 20:18.
Na początku drugiej kwarty głównymi aktorami spektaklu była trójka sędziowska. Kontrowersyjne decyzje wyprowadziły z równowagi obydwie drużyny i zamiast punktów częściej słyszeliśmy gwizdek arbitrów. W ferworze walki dalej skutecznie grał Brezec, który miał już na swoim koncie 16 oczek. To głównie dzięki niemu przewaga Słoweńców po szesnastu minutach gry wyniosła dwanaście punktów – 34:22. Obydwie drużyny w końcówce pierwszej połowy były nie do zatrzymania w ataku. Dzięki trafieniu w ostatnich sekundach Jaki Lakovicia, Słowenia po dwudziestu minutach wspaniałej walki prowadziła 44:30.
Po piętnastu minutach przerwy obydwie drużyny dalej grały skutecznie. Dalej oglądaliśmy świetne wymiany za trzy punkty. Najpierw zza linii 6,25 trafił Laković, potem Huertas, a na końcu Giovannoni. W ślady kolegów podążył, a właściwie pobiegł w kontrze, Tiago Splitter, po którego punktach przewaga Słowenii zmalała do dziewięciu oczek – 38:47. W dalszej części trzeciej kwarty gra cały czas opiewała w granicach dziesięciu punktów przewagi Słowenii. Pod koniec kwarty Słoweńcy dzięki dobrej postawie na linii rzutów wolnych skrupulatnie powiększali swoją przewagę, a przed rozpoczęciem ostatniej kwarty na tablicy wyników było 67:51.
Dla dobra widowiska Brazylia nie złożyła broni i już po sześćdziesięciu sekundach meczu do rywali tracili zaledwie 11 punktów. Do odrodzenia Brazylijczyków w dużej mierze przyczynił się Marcelo Machado, który dwa razy z rzędu dziurawił kosz rywali zza linii 6,25 – 61:70. Dobra passa Canarinhos wciąż trwała, a spotkanie mimo upływu czasu, robiło się coraz ciekawsze. Po trzeciej trójce Machado, Brazylia w ciągu pięciu minut odrobiła dwanaście punktów przewagi – 66:70. W następnej akcji punkty zdobył Splitter i Brazyliczycy byli tylko dwa punkty od remisu. Jednak po stronie słoweńskiej znów za trzy punkty trafił kapitan Jaka Laković. Ten sam gracz nie pomylił się również kilkanaście sekund później dobijając Brazylijczyków – 76:70.
Koszykarzom Ameryki Południowej nie można było odmówić zaangażowania. Jednak szkolne błędy zaważyły o końcowym sukcesie Słowenii. Kropkę nad i postawił Bostjan Nachbar – 71:79. Co prawda znów wspaniałym rzutem popisał się Machado, jednak w ostatecznym rozrachunku nie miało to już większego znaczenia.
Słowenia pokonując Brazylię 80:77 zapewniła sobie drugie miejsce w grupie B. Z kolei Brazylijczycy muszą zadowolić się ''tylko'' trzecim miejscem. Jutro ostatnie zmagania w rundzie zasadniczej.
Słowenia – Brazylia 80:77 (22:18, 12:22, 21:23, 26:13)
Ze Stambułu, Paweł Łakomski, Koszykowka.net